sobota, 9 lutego 2013

O tym jak Pasikonik został w Meksyku Świętym



Ale zaraz zaraz, jak do tego doszło?
Otóż na lotnisku w Cancun przyjęli mnie uroczyście. Czekał na mnie premier, minister spraw zagranicznych, cała rzesza arcybiskupów oraz orkiestra dęta. Dzieci wręczyły mi kwiaty. Oddałem cześć meksykańskiemu Słońcu, a następnie zawieźli mnie na spotkanie z prezydentem. Ten wysłuchał, co mam do powiedzenia o życiu na naszej planecie i skinął głową do jednego z doradców. Ubrali mnie, oczadziali kadzidłem i wstawili do kościelnego muzeum. Uznali bowiem, że Świętej Prowokacji należy się błogosławieństwo.

 

Nieee, w rzeczywistości było troszkę inaczej... Otóż projekt dotyczy owianego tajemnicą pewnego Kościoła w Chamula. Wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym, więc puki projekt nie zostanie skończony, światła dziennego nie ujrzy. Tymczasem Saintasina – siostra w duchowym wzniesieniu – potrzebowała zdjęcie świętego. Właściwie kilka zdjęć kilku świętych. Rozmowy o sesji pojawiały się w naszym domu od kilku dni, aż któregoś wieczoru, spontanicznie pasikonik i Kuzyn poszli na pierwszy ogień.


Tak pokrótce wyjaśnię okoliczności. Razem z moim Kuzynem wylądowaliśmy w Meksyku jeszcze w grudniu 2012 roku. Przebyliśmy około 800km autostopem, przeżyliśmy „koniec świata” 21ego grudnia, wdrapaliśmy się na jedną z najwyższych piramid Majów w środku dżungli, a od jakiegoś czasu razem z dwoma pięknymi artystkami wynajmujemy piękny, duży dom na wzgórzu pewnego kolorowego miasteczka w górach. Ale o tym później.



Przygotowania trwały. Ja miałem zostać Świętym Franciszkiem.
- Hej Kuzyn! - zawołał do mnie Kuzyn – Zostaniesz Świętym jeszcze przed trzydziestką!!! Następnego dnia bowiem, pierwszego lutego, wypadały moje trzydzieste urodziny. 



Ostatni łyk koli. Potem miałem już się nie ruszać i nie otwierać oczu. Pomyślałem sobie – Wspaniale! Zostawię moim przujaciołom ciało, a sam odpłynę w medytację. Jeszcze nigdy nie medytowałem w takich okolicznościach – dziewczyny biegają dookoła mnie, dekorują, przypinają na szpilki kolorowe szaty i wstążki, malują mi powieki, dyskutują, śmieją się, wsadzają dziwne rzeczy w dłonie i robią zdjęcia.


 



A ja... coraz dalej i głębiej oddawałem się Ciszy. Poprosiłem Świętego Franciszka o przybycie i Połączenie. Mój oddech uspokoił się. Odgłosy rozgardiaszu oddalały się coraz bardziej, a ja pozwoliłem sobie na jeszcze większe odprężenie.





 Poczułem Światło i Ciepło. Tak, Święty Franciszek naprawdę do mnie przybył. Otulił mnie ogromną Miłością i zabrał w złoto-świetlistą podróż. Tylko Ci, którzy doświadczyli podobnych Połączeń wiedzą, co to za przeżycie. Doświadczałem tego już wcześniej, ale nigdy tak porażająco mocno! Doprawdy, zupełnie odleciałem.



 Poprosiłem Franciszka o połączenie z mrówkami poprzez Niego. Nigdy nie miałem dobrego kontaktu z mrówkami. Bałem się ich. Wielkokrotnie skrzywdziłem je poprzez swój lęk. I potem atakowały mnie i gryzły, często tylko mnie jednego w towarzystwie innych ludzi. Przez to bałem się ich jeszcze bardziej. Zaledwie w ostatniego miesiąca zaatakowały mnie kilkakrotnie. Mrówki mają ogromną Moc. Kiedy tysiące insektów z jednego szczepu skumuluje Energię przeciwko jakiemuś stworzeniu, wydarzają się koszmarne rzeczy. W Boliwii prawie straciłem palec serdeczny, gdyż wsadziłem w ognisko nieodpowiedni kij. Kiedy pali się ich dom, mrówki gromadzą się na drugim końcu gałęzi, tworząc kulę, przypominającą jeżozwierza i sprowadzają na swego oprawcę nieszczęście. Wtedy spadło na mnie kalectwo dłoni. Mając odpowiednią świadomość i Moc, można temu zaradzić, ale będąc w Boliwii, jeszcze tego nie wiedziałem.


 

Dla Świętego nic trudnego. Ujrzałem niezliczone hordy mrówek, setki bilionówz całej planety Ziemia, wszystkich rodzajów, gatunków i kolorów i zacząłem z nimi rozmawiać. Jednaliśmy się, a Święty Franciszek trochę się podśmiechiwał, tak jakoś przyjemnie. Przeprosiłem mrówki za siebie i wybaczyłem im, a one przeprosiły za siebie i wybaczyły mi, nawet te, których nigdy wczesniej nie widziałem! Wybaczyłem sobie swój lęk przed nimi, a co ciekawe, one przebaczyły sobie swój gniew i nie musimy więcej dźwigać tego ciężaru. Ani one, ani ja.


Poczułem, że czas wracać. Podziękowałem Franciszkowi i z pełnym z siebie zadowoleniem powoli wybudzałem się z medytacji. Była tak głęboka, że dopiero po chwili przypomniałem sobie, gdzie jestem i co się dzieje. Nie otwierałem jeszcze oczu, ale dotarło do mnie, że w pokoju było ciemno, a i odgłosy jakoś ucichły. Moje ciało było zdrętwiałe od bezruchu. Ile godzin to trwało? - pomyślałem. A kiedy wreszcie podniosłem powieki, czterech moich przyjaciół tylko na to czekało. Zaczęli przede mną tańczyć i spiewać „sto lat!” i wręczyli mi zapalony krzyż i kawałek tortu!!! Patrzyłem na nich i nie mogłem uwierzyć, że to jest prawda! Nie mogłem się ruszyć, nie potrafiłem nic powiedzieć, czułem jak szczęście wypelnia mnie po brzegi, i wzruszenie, i radość, i Miłość, i TAKA NIESPODZIEWAJKA, że dosłownie szczęka mi opadła.
A wyglądałem tak:



 I tak zostałem Świętym jeszcze przed trzydziestką:)


 Kuzyńska Świętobliwość rozczuliła mnie do reszty. Ledwie doszedłem do siebie po spotkaniu Świętego Franciszka, a już stałem z drugiej strony odsłony i spoglądałem na Świętego Kuzyna. Naprawdę powiadam Wam - cudownie jest być Świętym i do Świętości dążyć.


Jeszcze przed świtem nawiedziła nas Święta Jagoda. 



A Święta Saintasina pojawia się zawsze w kilku odsłonach:)


Jak zawsze była, tak nie będzie puenty!
Czasem dobrze jest być Świętym!


5 komentarzy:

  1. Podziwiam Pana. MM

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, mam nadzieję, że któregoś dnia będziemy mieli okazję się na siebie natknąć..
    Pozdrowienia z zaśnieżonego dolnego śląska ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. http://www.youtube.com/watch?v=2Wc5FTUZjTE Co na to Muminki?

    OdpowiedzUsuń